KOMISJA ŚLEDCZA CZY GRA POZORÓW?

Rokita w kapeluszu rewolucjonisty
Tak jak aktorka Joanna Szczepkowska ogłosiła w 1989, nieco przedwcześnie, koniec komunizmu w Polsce, tak dziś cały chór aktorów polskiej sceny politycznej ogłasza narodowy demontaż Trzeciej Rzeczpospolitej i nawołuje do budowy Czwartej. Dziwne tylko, że większość demonterów aktywnie budowała ową skorumpowaną i psującą się wersję państwa i od początku nieźle w niej prosperowała
Skompromitowana partia – Sojusz Lewicy Demokratycznej – prawdopodobnie trafi na margines polskiego życia publicznego. Nie znaczy to wcale, że znikną jej prominentni działacze. W polskiej rzeczywistości partyjniackiej silna jest idea „solidarności” – szczególnej solidarności, polegającej na wzajemnym dostarczaniu sobie alibi przez polityków z prawa i z lewa.
Świadczy o tym skład osobowy Sejmowej Komisji śledczej ds. PKN Orlen, dobrany nieprzypadkowo. Większość z jej członków posiada olbrzymią wiedzę na temat tzw. mafii paliwowej i powiązań polityków ze światem biznesu paliwowo-energetycznego. Niektórzy z nich, jak np. dawny działacz SKL, Konstanty Miodowicz, pełnili kluczowe funkcje w polskich służbach specjalnych, akurat w czasie, gdy krzepły mafijne struktury.


Wprawdzie sejmowa Komisja Śledcza ds. Orlenu spotyka się zwykle co kilkanaście dni, ale nowe fakty w aferze, czy raczej aferach związanych z płockim koncernem, pojawiają się właściwie codziennie. Przez kilka tygodni "Gazeta Wyborcza" (która jako pierwsza nagłośniła rewelacje Wiesława Kaczmarka, co stało się impulsem do powstania komisji) raczyła swoich czytelników sensacyjnym "śledztwem dziennikarskim", badającym okoliczności tajemniczej śmierci byłego szefa Ośrodka Studiów Wschodnich Marka Karpa. 12 sierpnia w Białej Podlaskiej samochód Karpa został zmiażdżony przez białoruski tir, a on sam trafił do szpitala, gdzie miesiąc później zmarł. Na początku października "GW" napisała, że w ostatnim okresie życia Karp zajmował się badaniem rosyjskich kontaktów Roberta Gmyrka, który w Orlenie jest dyrektorem biura ds. biopaliw. Okazało się bowiem, że Gmyrek to dobry znajomy Nikołaja Zachmatowa, formalnie szefa przedstawicielstwa handlowego Rosji przy ambasadzie tego kraju w Warszawie (chociaż obaj oficjalnie temu zaprzeczają).


Bardzo ciekawe są również krajowe powiązania Gmyrka. W 1999 r. ten nieznany dotąd kielecki weterynarz został zastępcą głównego lekarza weterynarii kraju, a rok później - wiceministrem rolnictwa. Oba stanowiska zawdzięczał Arturowi Balazsowi z SKL, który kierował wówczas tym resortem (Balazs zaprzecza tym związkom - przyp. red.). W 2002 r. Gmyrek trafił do Orlenu, gdzie stał się ważną postacią w otoczeniu ówczesnego prezesa Zbigniewa Wróbla. To, że AWS-owski dygnitarz uwił sobie ciepłe gniazdko u boku SLD-owskiego szefa koncernu, jest tylko pozornym paradoksem, bowiem poseł Balazs, mimo iż uchodzi za polityka prawicy, ma zadziwiająco dobre kontakty z postkomunistami: jest stałym bywalcem Pałacu Prezydenckiego (Aleksander Kwaśniewski zaprasza go m.in. na swoje imieniny), w ubiegłym roku, po usunięciu PSL z koalicji rządowej, na kilka miesięcy wstawił do rządu Millera swojego ministra rolnictwa - Adama Tańskiego (dziś prezesa spółki Polskie Młyny), zaś w czerwcu br. ostentacyjnie głosował za wotum zaufania dla Marka Belki. Nie powinno więc dziwić, że tak skumplowany z lewicą Balazs bez problemu załatwił swojemu byłemu zastępcy posadę u Wróbla, który wówczas był protegowanym Kwaśniewskiego i Millera.


Zmienne barwy opozycji


Warto zauważyć, że od pewnego czasu na kolejnych członków i ekspertów komisji pada cień związków z badanymi przez nią sprawami: poseł Konstanty Miodowicz (PO) kierował kontrwywiadem UOP, gdy w Polsce pojawiła się spółka J&S.

Konstanty Miodowicz kojarzony jest silnie z osobą prezydenckiego przyjaciela, Artura Balazsa, choć dziś z tymi związkami nie afiszuje się zanadto. Trudno mu jednak zaprzeczyć, że pełnił kluczową rolę w szeregu „Balazsowskich” fundacji (m.in. Fundacji im. Józefa Ślisza), których głównych zajęciem był transfer unijnych funduszy pomocowych do struktur związanych z SKL. Redakcja BezCenzury. Net znajduje się w posiadaniu dokumentów, potwierdzających aktywność Miodowicza w SKL-owskich przedsięwzięciach finansowych. Zresztą – występuje tam w doborowych towarzystwie czołowych dziś aktywistów opozycji, takich jak Jan Maria Rokita.

Rokita, gwiazda medialna Komisji ds. Rywina, wyrósł ostatnio na jednego z głównych (obok braci Kaczyńskich) demonterów III Rzeczpospolitej. Ciekawe jednak, że - w przeciwieństwie choćby do liderów PiS,- Rokita nigdy nie podniósł ręki na majestat prezydenta Kwaśniewskiego, uchodzącego dziś za najmocniejszy filar struktury, powstałej po Okrągłym Stole. Swój październikowy wywiad dla „Rzeczpospolitej” poseł puentuje konkluzją, że „teraz należałoby się zastanowić nad zmianą konstytucji” i postuluje pracę od podstaw.
Przypomnijmy, że kiedy w grudniu 1996 Sejm uchwalał obecną, krytykowaną tzw. nową Konstytucję, ówczesny poseł Unii Wolności, Jan Maria Rokita, głosował jak najbardziej za. Miał już za sobą wątpliwą karierę szefa Urzędu Rady Ministrów gabinetu Hanny Suchockiej, a przed sobą – kolejną zmianę partyjnych barw – tym razem – pod opiekuńcze skrzydła Artura Balazsa, lidera Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Wiele wskazuje na to, że Rokita, raz znalazłszy się kręgu wpływów SKL, już nigdy z tego kręgu się nie wydostał, choć samo SKL jest dziś tworem kadłubowym i – teoretycznie – pozbawionym większego znaczenia. Powiązania (zwłaszcza koleżeńskie i finansowe) mają to do siebie, że nie zawsze widoczne są na zewnątrz, i mogą się o siebie upomnieć nawet po długich latach. Nazwisko Rokity figurowało na poczesnych miejscach w licznych Balazsowskich fundacjach. Czy ktoś taki może być szczerze zainteresowany demontażem epoki, która zapewniła mu polityczne i finansowe prosperity?
W tym kontekście należałoby baczniej przysłuchiwać się nawoływaniom posła Rokity do ochrony głównego świadka Komisji ds.PKN Orlen, Jana Kulczyka i wręcz histeryczne sugestie, że życie świadka jest zagrożone. Czyż samo wywoływanie aury grozy nie wzmaga tego niebezpieczeństwa?



Belwederscy pośrednicy


Zachowania posłów, liderów, ministrów i biznesmenów w kolejnych odsłonach kolejnych „największych afer III Rzeczpospolitej” każe spojrzeć na postaci, kryjące się za pierwszym szeregiem głównych aktorów. Jedną z takich szarych eminencji polskiego teatru politycznego jest niewątpliwie Artur Balazs.
Paliwowe i biopaliwowe interesy Balazsa to oczywiście tylko jeden z wątków szerokiego spektrum zainteresowań tego zachodniopomorskiego polityka. Wydaje się jednak, że w kontekście ujawnianych szczegółów Orlenowskiej afery - wątek ten nabiera szczególnego znaczenia. Osoba Balazsa może się okazać kluczem do rozwikłania tajemnicy narodzin biznesowo-politycznej sieci powiązań w branżu paliw i energetyki.

W tym kontekście dość dziwna wydaje się swoista odsiecz i wsparcie, jakiego udzielił Miodowiczowi… Jan Kulczyk, domagając się – poprzez swego pełnomocnika, Jana Widackiego - jego usunięcia z Komisji Śledczej. Wymienienie Miodowicza (który nigdy otwarcie nie występował przeciwko Kulczykowi) w towarzystwie Giertycha i Wassermana być może miało na celu dostarczenie mu alibi i uwiarygodnienie w oczach opozycji i opinii publicznej. Od początku bowiem było wiadomo, że żądanie Kulczyka spełnione być nie może, a spełniało jedynie funkcje medialnego chwytu z arsenału PR.
Warto też przyjrzeć się innym, opozycyjnym członkom komisji. Ekspert komisji Zbigniew Nowek jako szef UOP za rządów Jerzego Buzka lekceważył niepokojące sygnały o działalności tej spółki, zaś poseł Zbigniew Wassermann (PiS), będąc szefem Prokuratury Krajowej u boku Lecha Kaczyńskiego, nadzorował śledztwa związane z rynkiem paliwowym. Każda z tych okoliczności może być pretekstem do odsunięcia od prac w komisji (posłowie SLD już zaczęli to sugerować). Być może taki jest cel mediów, które podnoszą coraz to nowe, poboczne wątki orlenowskie.

Sensacyjne śledztwo "GW" wydaje się zupełnie „autorskim” pomysłem tego dziennika, bo jeszcze na dwa dni przed pierwszą publikacją na ten temat liderzy Platformy Obywatelskiej w ogóle nie brali pod uwagę wersji o zamachu na Marka Karpa. Tymczasem to właśnie oni powinni mieć najlepsze informacje, ponieważ Karp był nie tylko jednym z czołowych doradców PO, ale i nieformalnym pośrednikiem w kontaktach tej partii z Pałacem Prezydenckim.
Podobną rolę mógł spełniać… eks-prezes Andrzej Modrzejewski, o którym mało kto wie, że jest jednym z totumfackich Artura Balazsa, prezydenckiego przyjaciela i zarazem – Ojca Chrzestnego polityczno-biznesowych powiązań w szeroko pojętej branży rolnej . W sferze wpływów Balazsa znajdują się nie tylko biopaliwa, ale i struktury administracji rolnej, i to nie tylko na jego „rodzimym” Pomorzu Zachodnim. Oficjalnie Balazs wiedzie dziś żywot prostego rolnika na prawie tysiącu hektarów. W jego wiejskiej rezydencji w Łuskowie (wyspa Wolin) goszczą jednak nie tylko miejscowi gospodarze, ale też panowie w ministerialnych i prezesowskich garniturach. M.in. były prezes dawnego CPN (dziś szef „Naftobazy”) – Jerzy Małyska.

Ale o tym nie dowiemy się z "Gazety Wyborczej", tak jak i o wielu innych faktach, wiążących się z osobą Aleksandra Kwaśniewskiego, który jest wielkim przyjacielem Adama Michnika. A przecież najbardziej nawet zażyłe kontakty dyrektora Gmyrka z rosyjskim dyplomatą Zachmatowem to jednak znacznie mniejszy skandal niż usunięcie przez polskie władze prezesa Andrzeja Modrzejewskiego, de facto na życzenie prezydenta Putina, czy też oskarżenie Kwaśniewskiego o posiadanie tajnego konta, na które miały wpływać "prowizje" z kontraktów naftowych.
Nasuwa się więc podejrzenie, iż prawdziwym celem „prasy głównego nurtu” jest odwrócenie uwagi od najważniejszych wątków afery, które biegną do Pałacu Prezydenckiego, a stamtąd prosto do Moskwy.


Co powie Czyżewski?


Na początku października 2004 wiceprzewodniczący komisji Zbigniew Wassermann ujawnił nazwisko człowieka, który może stać się bardzo ważnym świadkiem w wyjaśnianiu kulisów rynku paliwowego. Jest nim Andrzej Czyżewski, były prokurator z Iławy, który w stanie wojennym został internowany za działalność w "Solidarności", a następnie wyjechał do Niemiec i uzyskał tamtejsze obywatelstwo. Po 1989 r. wrócił do Polski już jako przedstawiciel zachodnich firm paliwowych i dokładnie poznał mechanizmy rządzące tą branżą. Obecnie jednak jest poszukiwany listem gończym przez prokuraturę w Zielonej Górze, która oskarżyła go o nadużycia w prowadzonej przez niego firmie Dansztof. Przebywa więc w Niemczech i to niemieckiej prokuraturze przekazał posiadane przez siebie informacje i materiały. Ale chciałby je przedstawić także polskim organom ścigania oraz Komisji Śledczej, pod warunkiem, że otrzyma od nich list żelazny.
Redakcji internetowego portalu BezCenzury.Net udało się dotrzeć do Czyżewskiego jeszcze przed komisją śledczą. Spotkanie odbyło się w konspiracji, na niemieckim brzegu Odry, a pełny zapis rozmowy opublikowaliśmy na portalu BC.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Czyżewski ma dużą wiedzę na temat spółki BGM, której właściciele są głównymi oskarżonymi w procesie mafii paliwowej, a zwłaszcza o faktycznej zmowie wymiaru sprawiedliwości z tą mafią. W materiałach przesłanych komisji Czyżewski wymienia wiele nazwisk prokuratorów (m.in. z Legnicy i Wałbrzycha), którzy zostali skorumpowani przez szefów BGM i robili wszystko, aby wybielić ich z najpoważniejszych zarzutów. Może on być też ważnym źródłem informacji w kwestiach związanych z działalnością spółek Petroval i BMP, czyli nieformalnych przedstawicieli rosyjskiego koncernu Jukos na rynkach zachodnich, zwłaszcza niemieckim, ale także w Polsce. A warto pamiętać, że - obok J&S - to właśnie Petroval i BMP od 2002 r. są głównymi dostawcami ropy dla Orlenu. Zatem nic dziwnego, że Czyżewski obawia się zamachu na swoje życie (twierdzi, że były już takie próby), ale mimo to chciałby zeznawać. Nie wiadomo jednak, czy komisja - pracując w takim tempie, jak dotąd - zdąży go przesłuchać przed końcem kadencji Sejmu.
Wiele wskazuje na to, że jej praca – choć przeprowadzana z tak wielkim medialnym hałasem – ma być jedynie grą pozorów, a prawdziwi inspiratorzy i beneficjenci nieformalnych struktur biznesowo-politycznych przejdą łagodnie do kolejnego etapu polskiej transformacji gospodarczej. Z lokalnych oligarchów staną się globalnymi graczami kapitałowymi i wówczas żadna krajowa komicja śledcza im nie zagrozi. Co więcej – ci sami, którzy psuli Trzecią Rzeczpospolitą, rzucą się do jej naprawiania. A może ma to swój przewrotny sens?
W końcu oni wiedzą najlepiej, co i gdzie popsuli.